KORCZAKOWO 10-14.06.2009

   W odpowiedzi na post Żandarma i Balbinki, dzięki ich zaproszeniu i braku pełnej świadomości, co do konsekwencji zaproszenia, w dniach 10-14 czerwca 2009 r. mocna ekipa z Halo Szczecin przebywała na terenie obozu Korczakowo nad jeziorem Grzybno k. Osna Lubuskiego. Wyjazd został ustalony na dzień 10 czerwca 2009 r. (środa), godzina 18 z różnych części Szczecina, Gryfina, Dębna i co tylko jeszcze się dało. Po spotkaniu kontrolnym pod Heliosem na ul. Struga ekipa busowo-samochodowo-motocyklowa wyruszyła na miejsce spotkania. Po drodze dołączali kolejni uczestnicy. Prowadzeni przez GPS Piotra ZZR dotarliśmy bez większych problemów do Wsi Świniary. Wiedziona kobiecym instynktem Gitta udała się jednak do Wrocławia (droga S 23 urosła do miana legendy Route 66). Po 45 minutach oczekiwania, 300 telefonach i 4 browarach wypitych w Miejskim Ośrodku Kultury (przystanek autobusowy w Świniarach) doczekaliśmy Gitty z Fionką i Mariuszem. Dalszą drogę pokazał niezawodny Rychu. Na miejsce dotarliśmy po godzinie 22, gdzie przywitał nas Żandarm z Balbiną i pozostała część ekipy. Światła sprzętów i latarki pomogły w rozbijaniu namiotów. Strat własnych brak (rano się okazało, że Witek z Agą rozbili namiot na środku leśnej drogi i została ona na 2 dni wyłączona z ruchu). Niezwłocznie po rozbiciu obozowiska wesoła ekipa przystąpiła do sprawdzania stanów magazynowych, rozpalania grilla, konsumowania mięs, kiełbach, chlebów, różnego rodzaju sosów, no i oczywiście opróżniania butelek, puszek wszelakich napojów. Tego wieczora miał również prapremierę wiersz autorstwa Piotra ZZR na cześć bohaterki dnia Gitty, która obchodziła imieniny. A leciało to mniej więcej tak – Gitta, Twoja uroda dziś rozkwita, zazdroszczą inne dziewczyny bo masz dzisiaj imieniny… Po takim zachęcającym początku ekipa z przyjemnością przyjęła zaproszenie młodzieży z obozu i dołączyła do ogniska, gdzie dziewczyny grały na gitarach i śpiewały różne songi, mniej lub lepiej nam znane (najlepiej wychodził Teksański). Ognisko zostało zdobyte i przez kolejne dni skutecznie okupowane. Nastąpiły również pierwsze zniszczenia – się połamały krzesła – co stanowiło zwiastun dalszych strat. Pierwsza noc była bardzo pracowita dla wróżki, która miała ręce pełne roboty. Wieczorną wizytację rozpoczęła u Balbiny a potem odwiedzała kolejne namioty jak popadło.
   Ranek 11.06.2009 r. przywitał nas zmienną pogodą. Raz świeciło słońce, raz lało – czasami mocniej, czasami słabiej. Biorąc pod uwagę ciężar gatunkowy nocy integracyjnej, dzielna ekipa Halo Szczecin ogarnęła się dość szybko, bo na nogach byliśmy już około 09:00. Piękniejsza część ekipy przygotowała śniadanie, a ta brzydsza je skutecznie pochłonęła. Niestety nie doczekaliśmy się jajecznicy obiecanej przez Balbinę. Na śniadaniu zabrakło również Żandarma, który wyznaczył godzinę zbiórki o 10:00 a sam wstał ok.11:00. W międzyczasie dołączali kolejni uczestnicy. Lista obecności ostatecznie wyglądała następująco: Żandarm, Balbina, Gitta, Szach, Carioka, Majkel, Vizka, Banditka, Radziu, Rychu, Hiszpan, MartiS, Monika, Fionka z Mariuszszszem, Misiek, Miśka DR, Piotrek ZZR, Adelajda, Witek, Aga, Virus, Paula, Krzysiek, (????). Jak się okazało nie miał być to tylko wyjazd wypoczynkowy, lecz normalnie regularna harówka przy budowie obozu dla dzieciaków. Panowie zostali zapakowani do OPEKA i ruszyli do w.Świniary po elementy obozu. Za sterami OPEKA zasiadł mistrzu kierownicy VIRUS. Daleko nie zajechawszy usłyszeliśmy wielkie BUUUM i skonstruowana przed wiekami brama wjazdowa przestała istnieć. Z nagrania czarnej skrzynki udało się odtworzyć zapisy ostatniej rozmowy z szoferki. Kierowca (VIRUS) – nie zmieści się chyba?? Pilot (Żandarm) – jedź, jedź. Kierowca – moim bym się nie zmieścił….BUUUM. kierowca - !@#$%, pilot - buahahahaha, kierowca – buahahahaha, pilot - !@#$%, głosy z paki - buahahaha%$#@buahahaha!. Tym sposobem lista zniszczeń zapełniła się o nowe pozycje, a jeszcze nie zdążyliśmy nic zbudować. W czasie, gdy Panowie zwozili sprzęt na obóz, zostawione samopas Panie znalazły sobie rozrywkę w postaci opróżniania kolejnych flaszek cytrynówek na czas. Do południa 6 flaszek zostało obalonych, a tu jeszcze pół dnia i cała noc przed nami. W trakcie jednego z kursów OPEKIEM we wsi Świniary zaginęli Majkel z Szachem, którzy po 4-godzinnym spacerze i obaleniu hektolitrów życiodajnego napoju dotarli do obozu z kilkoma ocalałymi puszkami. Pogoda nas nie rozpieszczała, więc nie było mowy o kąpielach, czy pływaniu kajakami. Szybkimi krokami nadszedł wieczór, co oznaczało rozpalenie ogniska, grilla i dalszą cześć integracyjną. Również tego dnia wróżka miała ręce pełne roboty. Ponieważ wesołe towarzystwo rozbiegło się po namiotach. Wiedzeni ojcowskim instynktem Virus i Witek, postanowili sprawdzić czy nikt się nie zgubił i zaczęli odliczanie RAZ (JEDEN),DWA…..niestety kilkukrotne próby zazwyczaj kończyły się w okolicach liczby 4-5, po których odzywał się Żandarm grożąc, że połamie odliczającym wszystkie kości wliczając w nie te kości, o których istnieniu Vitek i Virus nie mieli dotychczas pojęcia. Nie pozostało więc nic innego jak napoić Piotra ZZR, który w tym celu wystawił jedynie głowę z namiotu, a następnie udać się spać do namiotów.
   Piątek rozpoczął się dla niektórych wcześniej niż zwykle, ponieważ trzeba było jechać do roboty. Cześć z nas musiała już niestety opuścić Korczakowo, część została, a część zapowiedziała powrót na kolejne dni. Obozowisko pomniejszyło się o kilka namiotów, choć nadal nie było decyzji – jedziemy czy zostajemy. Pogoda nadal nie była najlepsza, ale trochę się wypogodziło, więc szybko zapadła decyzja o zwiezieniu kajaków i popływania po jeziorze. 4 kajaki zwodowano i dzielni turyści wyruszyli na jezioro. W trakcie dwugodzinnego pływania 3x lało, 2x wiało, poza tym było ciepło i słonecznie. Części z nas udało się dotrzeć do jednego z krańców jeziora. Po drodze znaleźliśmy sieci z rybami. To odkrycie okazało się być całkiem przydatne w niedzielę. Ciekawostką był fakt, że Krzysiek, płynący z MartiS (która niestety nie mogła mu pomóc w wiosłowaniu) śmigał na jedno wiosło szybciej niż Carioka z Witkiem w innym kajaku. Po takim wysiłku konieczne okazało się uzupełnienie zapasów energii. Cześć ekipy udał się do pobliskiego miasteczka na konsumpcję kebabów z pysznymi sosami. W międzyczasie wróciły dziewczyny z pracy. Krótka wymiana uprzejmości na pomoście pomiędzy Radziem i Moniką zakończyła się dla tej ostatniej kąpielą w dość mocno lodowatej wodzie, co wzbudziło podziw ciepłolubnej części ekipy. Wieczorem tradycyjnie już spotkanie przy ognisku. Okazało się że to ostatni raz. Następnego dnia zostaliśmy przegonieni ponieważ młodzież z obozu nie miała śmiałości z nami przebywać, podobno ze względu na fakt, że jak to ujął szef szefów Korczakowa – „ oni fajni są tylko ciągle to pivo piją….” Na nic zdały się zapewnienia, że nie tylko pivo, bo i cytrynówka i whiskey i …..
   Sobota przyniosła odmianę w pogodzie. Zrobiło się ciepło i słonecznie. Skłoniło to nas do przygotowania i spożycia śniadania na pomoście. Po śniadanku udaliśmy się na spacer po okolicznych lasach i łąkach, gdzie zapaleni fotografowie pstrykali zdjęcia pięknych okoliczności przyrody i naszych dziewczyn. Królowały zdjęcia w zbożu, w wiankach i z kwiatkami. Sielankowy nastrój popsuł na moment gigantyczny dla niektórych konik polny, który skutecznie spłoszył dzielne motocyklistki ze zboża. Jednak nic nie było w stanie odstraszyć dziewcząt od zrobienia sobie fotek w zbożu i już po chwili wszystko wróciło do normy. Po spacerze wesoła ekipa udała się do pobliskiego miasteczka do słynnego baru z kebabami. Po krótkich negocjacjach udało się namówić miłą Panią do zaopatrzenia nas w pyszne sosy, które urozmaiciły dania z grilla, które zajadaliśmy już trzeci dzień. Wieczorem miało miejsce słynne już ognisko w „korczakowskiej kuchni”, podczas którego powstała idea zawiązania Stowarzyszenia Wiejskich Motocyklistów oraz próba odłamu poprzez zawiązanie SWM Lejdis. Poecie brak słów by opisać co się działo podczas tej nocy pełnej szalonych pomysłów. Tyle wystarczy powiedzieć, że w drodze powrotnej do obozu wilki wyły na całego przy akompaniamencie koguta. Rano się okazało, że te elektroniczne wilki i kogut (Nokia connecting people) skutecznie zniechęciły część dzielnych członkiń SWM Lejdis przed wyjściem z namiotu za potrzebą.
   Niedziela również przywitała nas piękną pogodą. Wykorzystaliśmy te chwile słońca na śniadanko na pomoście – powyjadaliśmy resztki przywiezionego prowiantu, a następnie na popływanie na łódce i kajakach. Tym razem postanowiliśmy sprawdzić co tam na nas czeka w sieci, którą widzieliśmy dwa dni wcześniej. Znaleźliśmy w niej kilka dorodnych okoni, jednego lina i jeszcze inne ryby. Sumie było tego 7 sztuk, które nadawały się na grilla. Niewiele się zastanawiając wrzuciliśmy je do kajaka Hiszpana i Rycha, który wprawnym ruchem siekaczy i przeżuwaczy odebrał im ochotę do dalszej walki. Pozostałe ryby i sieci wylądowały na brzegu jeziora. Czasami wydawało nam się, że słyszymy z oddali krzyk kłusownika….NIIIIIIEEEEEE. Tymczasem Krzysiek, przy niewielkiej pomocy Witka wypatroszył i oczyścił rybki, które po przyprawieniu przez dziewczyny niezwłocznie trafiły na grilla. Po obiedzie nadszedł czas pakowania. W uznaniu wzorowego zachowania – w końcu poza 3 krzesłami bramą i jednym regałem nic nie spaliliśmy i nie zniszczyliśmy – oraz pomocy przy budowie obozu, otrzymaliśmy propozycję wstąpienia do Klubu Przyjaciół Korczakowa, z którego oczywiście skorzystaliśmy. Na koniec pozostało nam się pożegnać. To były 4 noce i 4 dni intensywnego odpoczynku, połączonego z expresową integracją. Za nami wiele niezapomnianych chwil, cudownych widoków przepięknej przyrody, śmiechu do łez, wytężonej pracy i kontemplacji na łonie natury. Wyjeżdżaliśmy z obietnicą, że niedługo znowu odwiedzimy Korczakowo, choćby po to ……..by pomóc Virusowi naprawić tę nieszczęsną bramę. Korczakowo na zawsze pozostanie już w naszej pamięci i w naszych sercach.

© Witek